Świadectwa sióstr zakonnych

 

 

 

... miłości, jaką daje nam Pan Bóg, nie da na ziemi nikt...

 

Pochodzę z Ukrainy. Choć mam już „trochę” lat i nie jestem całkiem zdrowa, to jednak w tym roku przyjechałam do Zgromadzenia Córek Bożej Miłości, by drugą połowę swego życia, swoje radości i cierpienia poświęcić Panu Bogu. To, co czułam i czuję, nie dawało mi spokoju.

A odczułam swoje powołanie kilkanaście lat temu. Nie mogłam wtedy zrealizować swego pragnienia były to przecież czasy komunistycznej przemocy...

Później żal mi było opuszczać rodziców ze względu na chorobę mamy. Przecież, gdy ja byłam mała i chora, ona opiekowała się mną.

I wtedy miałam sen: stoję w kościele i chowam się przed Panem Bogiem, bo, jak mi się wydawało, On mnie szukał. Szedł prosto w moją stronę i mówił: jeśli nie teraz, to później, ale i tak przyjdziesz do Mnie.

Nie byłam wtedy chyba jeszcze gotowa, by iść za Bogiem... Wiele musiałam przeżyć, żeby zrozumieć, że miłość, jaką daje Pan Bóg, nie da na ziemi nikt.

I chcę się dzielić miłością i pokojem jaki tu odnalazłam ze wszystkimi ludźmi spotkanymi w moim życiu. Dziękuję Panu Bogu, że tak długo na mnie czekał...

Miłości?... Siostry z tego właśnie Zgromadzenia pracują od trzech lat na Ukrainie, w naszej parafii. Tak chciał Bóg...

 

 

Ania

 

...Prowadzi mnie.., jak osiołka...

 

Zawsze byłam związana z Jezusem, dlatego pociągały mnie i interesowały różne spotkania, oazowe rekolekcje, pielgrzymki itp. I tak oto, za sprawą moich koleżanek znalazłam się na czu­waniu nocnym u Córek Bożej Miłości. Ponieważ bardzo mi się ono podobało, już nie mogłam potem doczekać się drugiego! Siostry zaprosiły nas także na rekolekcje i ... złapałam „bakcyla”...

Podczas pobytu na rekolekcjach Bóg zapoczątkował we mnie proces uzdrawiania mojego serca. Wracałam z rekolekcji ze świadomością, że wszystko, co zaszło w moim życiu ma głęboki sens, że moje rany są twórcze i ma w nich narodzić się coś nowego.

Miałam swój świat, swoje marzenia i plany na przyszłość... Po dwóch latach szkoły zaczęłam stwierdzać, że to nie to, ten kierunek mi nie odpowiada, nie przynosi mi żadnej satysfakcji.

Pytałam Pana czego ode mnie chce, co chce mi powiedzieć?

Gdy byłam kolejny raz na rekolekcjach, jedna z sióstr zapytała mnie czy myślę o wstąpieniu do zakonu. Nie, nigdy o tym nie myślałam, w ogóle wykluczałam taką możliwość. Miałam inne plany na przyszłość, w których nie było miejsca na taką formę życia. Odpowiedziałam jej, że chyba żartuje, bo ja się „do takiego czegoś nie nadaję”. Śmiechem rozniosłabym cały klasztor! Nawet czasem z przyjaciółkami żartowałyśmy, co by to było, gdyby któraś z nas wstąpiła do zakonu! I co odkryłam? Ze się boję! Bałam się, że Bóg właśnie zażąda ode mnie tego jednego; tego, co napełniało mnie lękiem. Nie było mi wtedy łatwo. Myśl o zakonie wracała, a ja nawet modlić się nie umiałam ze strachu! Buntowałam się jak tylko mogłam, dosięgłam przysłowio­wego dna. Widząc zakonnicę na ulicy mijałam z daleka i twierdziłam, że przyniesie mi pecha.

Bóg jednak działał. Będąc na kolejnym czuwaniu u sióstr, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu doznałam jakiegoś „olśnienia”, odczułam, zobaczyłam Żywego Prawdziwego Jezu­sa. Serce zaczęło kołatać, a łzy same płynęły z oczu, wielkie jak „groch”.

BÓG DOTKNĄŁ MOJEGO SERCA SWOJĄ MIŁOŚCIĄ. Strach ustępował, a w jego miejsce rodził się pokój, radość, szczęście, a przede wszystkim WOLNOŚĆ...

Stało się dla mnie jasne, że całe moje życie znajduje się w punkcie przełomowym. Teraz wszystko zależało od mojej własnej decyzji. Pomyślałam czemu nie? Bóg tak zmienił moje serce, że już sama pragnęłam wstąpić do Zgromadzenia. On mnie zachwycił swoją miłością. „Bo Miłość nie zna swej głębi, dopóki nie nadejdzie godzina rozstania”. Dlatego, gdy Miłość cię wzywa, idź za Jej głosem...

 

Czy nie chciałabym tam z nie pojechać?...

 

Powołanie człowieka jest bardzo tajemniczą sprawą, dlatego do końca nigdy nie będziemy w stanie jej zrozumieć i opisać. Całą prawdę zna tylko Pan Bóg, a ja postaram się to opisać moim ludzkim językiem. Przyznaję, że dopiero się uczę odczytywać i poznawać drogi Pana Boga. Każdy ma własną niepowtarzalną historię, która u nikogo się nie powtórzy... Historia powołania nie ma gotowego schematu...

Czasy licealne to poszukiwanie celu i sensu życia, to pytanie o miejsce w świecie. Ja rów­nież pytałam się o to, ale wciąż nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Nie było u nas w parafii żadnej katolickiej grupy młodzieżowej, dlatego z moimi pytaniami nie miałam do kogo się zwrócić. Przed maturą pojechałam na dni skupienia, a potem na Jasną Górę, do Matki Bożej, ale odpowie­dzi wciąż nie potrafiłam znaleźć. Napisałam list do pewnej Siostry Jadwiżanki, lecz listu tego nigdy nie wysłałam. Przed maturą obiecałam Panu Bogu, że jeśli zdam pomyślnie te egzaminy, wstąpię do zakonu. Matury jednak nie zdałam. Stąd wypływał oczywisty wniosek, że skoro nie zdałam, to do zakonu nie pójdę. Dziś widzę, że była to niedojrzała i śmieszna obietnica. Człowiek do wszystkiego powoli dojrzewa, a Pan Bóg czuwa nad każdym krokiem.

Po ukończeniu liceum rozpoczęłam naukę w dwuletnim studium. Zdecydowałam również, że podejdę do matury po raz drugi. Tym razem egzaminy zdałam pomyślnie, z czego niezmier­nie cieszyłam się wraz z moją rodziną. W szkole poznałam koleżankę, której przyjaciółka wstąpiła do Córek Bożej Miłości. Pewnego popołudnia pokazała mi ona zaproszenie na dzień skupienia, które miało odbyć się w Krakowie. Zapytała czy nie chciałabym tam z nią pojechać. Po rozmowie z rodzicami zgodziłam się. Było to po prostu z ciekawości, nie myślałam wtedy, że kiedyś wstąpię do tego Zgromadzenia. Z uśmiechem wspominam reakcję mojego dziadka, już sędziwego i doświadczonego, który odradzał mi wyjazd do Krakowa. Swoje zdanie popierał stwierdzeniem, że to na pewno jakaś sekta, która organizuje tego typu zjazdy. Dziś śmiejemy się, wspominając obawy dziadka!...

Na skupienie pojechałam. Ciekawość swoją zaspokoiłam. Do domu wróciłam z pytaniami w sercu: gdzie jest moje miejsce, jakie jest moje powołanie?...

Potem pojechałyśmy na rekolekcje. Tam coraz bardziej dochodziłam do przekonania, że Ktoś mnie woła. Tak powoli poznawałam Głos, który mnie wołał. Na kolejny dzień skupienia pojechałam już sama, koleżanek nie informowałam o wyjeździe, a i w domu też niechętnie komentowałam wyjazd...

W końcu, po zdanych egzaminach zdecydowałam, że wstąpię do Córek Bożej Miłości. Rodzicom powiedziałam o mojej decyzji dopiero po paru miesiącach.

Kiedy już byłam w zakonie przyznali się, że po moich zwierzeniach nie mogli spać całą noc. 8 września 1997 r. przestąpiłam próg domu Córek Bożej Miłości. Dziś jestem na drugim roku nowicjatu i jestem szczęśliwa, że służę Panu Bogu, że coraz lepiej poznaję Jego Miłość. Wiem, że jeszcze wiele przede mną i że powołanie nie kończy się po przestąpieniu furty klasztornej. Jest to piękna przygoda życia z Panem Bogiem.

Warto iść w nieznane i w zaufaniu oddać całe swoje życie. Cóż więcej możemy Panu Bogu ofiarować?... Mamy tylko jedno życie, które warto oddać dla Niego...

 

s.  Magdalena

Świadectwa pochodzą z materiałów na Tydzień modlitw o powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego, Legnica 2002

 

 

MOIM POWOŁANIEM JEST MIŁOŚĆ

 

 

„On jest we mnie, a ja w Nim. Mam Go tylko kochać i pozwolić Mu kochać mnie, w każdej chwi­li, poprzez wszystkie rzeczy...” To słowa bł. Elżbiety z Dijon, która zmarła dokładnie 100 lat temu, mając 26 lat. Utalentowana pianistka, dziewczyna pełna pasji, obdarzająca uśmiechem i przyjaźnią spotkanych ludzi. W końcu — młoda karmelitanka, zanurzająca się w modlitwie i milczeniu, by móc żyć jak najbliżej Boga, który jest Miłością. „On jest moją nieskończonością. W Nim kocham i jestem kochana. W Nim mam wszystko. W Jego bliskości odnajduję wszystkich, których opuściłam”. Oddała się całkowicie Temu, Który ją zachwycił. W Nim znalazła niebo na ziemi.

            Każdy z nas pragnie pełni szczęścia, pełni miłości i poszukuje Źródła, przy którym mógłby zaspokoić to pragnienie i nasycić się szczęściem, które nie przeminie. Każdy z nas pragnie, by jego życie było piękne, napełnione dobrem i sensem, i by mogło trwać wiecznie, bez cierpienia i śmierci. Każdy z nas pragnie, nawet, jeśli nie słyszy głosu serca, nie dostrzega wielkości swojego przeznaczenia i nie­zwykłości powołania. I pragnie tego Bóg tak bardzo, że zstąpił na ziemię, stał się człowiekiem i wydał się na śmierć, by nas przed nią ocalić. Stał się naszym Przyjacielem, karmi nas Miłością i otwiera dla nas niebo. Wystarczy się tylko zbliżyć, by znaleźć się w rzeczywistości absolutnie przerastającej człowieka, a równocześnie tak głęboko w nim zapisanej. Wszyscy jesteśmy powołani do miłości, do tego, by w mroku wiary odkrywać i pielęgnować prawdę, że „jesteśmy nieskończenie kochani i zdolni do nieskończonej miłości”. Tylko zażyła więź z Tym, który nas stworzył, odkupił i wprowadza do niebieskiego królestwa może uczynić nas szczęśliwymi. To On jest Źródłem i Pełnią.

            „Miłość zawiera w sobie wszystkie powołania” — tak pisała inna młoda Francuska, kilka lat star­sza od Elżbiety, św. Teresa od Dzieciątka Jezus. I wszystkie powołania prowadzą do Miłości. Niektórzy zostają wybrani, aby już na ziemi wchodzić w tę tajemnicę aż do końca, oddawać się jej, pozwalając na intensywne działanie Boga w ich życiu. To On staje się ich jedyną Miłością. Św. Teresa, wspominając swoje wstąpienie do klasztoru karmelitanek, pisała: „Spełniały się wreszcie moje marzenia, czułam w sobie pokój tak łagodny i głęboki, że nie potrafię tego wyrazić. Z jaką radością powtarzałam sobie - jestem tu na zawsze, na zawsze!” Refrenem jej życia było: „Chcę być święta, chcę kochać z pasją, chcę sprawiać, by Bóg był kochany”. Mając 24 lata umierała na gruźlicę, ale tak naprawdę, to ogień miłości był w niej zbyt wielki, by mogła dalej przebywać na ziemi. To właśnie ona pisała o Małej Drodze, na której wszystko jest możliwe, mimo że nieustannie upadamy i doświadczamy swojej nę­dzy i słabości. „Świętość to usposobienie serca, które czyni nas pokornymi i małymi w ramionach Boga, świadomymi naszej słabości i bezgranicznie ufającymi dobroci Ojca”. Wystarczy zawierzyć, znosić z łagodnością swoje wady — oto prawdziwa świętość”. O samej sobie zanotowała: „Dobry Bóg musiał użyć małego cudu, bym mogła w jednej chwili dojrzeć”. Także bł. Elżbieta, przez przyja­ciół nazywana po prostu Sabeth, wzrastała w ufności, pracując nad ognistą burzliwą naturą. Gdy była dzieckiem, mówiono, że z takim temperamentem zostanie albo diabłem, albo świętą. I rzeczywiście — całą wewnętrzną energię wykorzystała, by kochać. Emanowała wiecznością. Jedna z przyjaciółek, patrząc na jej twarz, powiedziała: „Elżbieto, ty widzisz Boga”. Elżbieta rozpoznała w Jezusie Osobę bezgranicznie ją kochającą i chciała żyć tylko z Nim i dla Niego. W jednym z listów pisała: „On chce być Przyjacielem, którego zawsze można odnaleźć. Stoi u drzwi twego serca. Czeka. Wierz mocno, że On ma w swej miłości plany wobec ciebie, i że żąda od ciebie tylu ofiar po to, aby wiele dać”.

A więc powołanie to sprawa miłości. To decyzja, by przeżyć te chwile na ziemi w sposób jedyny

i niepowtarzalny, by wejść na drogę wytyczoną przez Boga, prowadzącą ku spełnieniu. Decyzja wiary i zawierzenia, bo nie jesteśmy sami i nie żyjemy tylko dla siebie. To złożenie siebie w dłoniach miłującego Boga, który nie może być szczęśliwy bez nas. To realizacja pragnienia, by być darem, by pięknie żyć, by stać się podobnym do Pana, który jest Dobry i Piękny. Powołanie to oddanie się Temu, który stworzył nas dla siebie z miłości.

„O Jezu, moja Miłości, nareszcie znalazłam moje powołanie: moim powołaniem jest miłość. Znalazłam już swe własne miejsce w Kościele; miejsce to wyznaczyłeś mi Ty, Boże mój. W sercu Kościoła będę miłością. W ten sposób urzeczywistni się moje pragnienie”. (św. Teresa od Dzieciątka Jezus)

S. Katarzyna od Jezusa OCD, Gniezno

Świadectwo pochodzi z materiałów na Tydzień modlitw o powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego, Gniezno 2007