Konferencje

 

 

W dziale tym znajdziesz teksty konferencji skierowane do:

- rodziców

- młodzieży (autorstwa s. Teresy)

- młodzieży (autorstwa o. Jana Góry)

- ministrantów

- ruchów, grup i stowarzyszeń kościelnych 

 

 

 

WYCHOWANIE I POWOŁANIE

(konferencja dla rodziców)

Ks. Marek Dziewiecki, Radom

 

 

Szlachetne wychowanie młodego pokolenia

to potwierdzenie miłości rodziców do dzieci

oraz najpewniejsza inwestycja

na całą doczesność i wieczność.

 

Rok duszpasterski 2007 przeżywamy w Polsce pod hasłem: „Przypatrzmy się powołaniu naszemu”. Przypatrywanie się własnemu powołaniu, czyli refleksja nad tajemnicą człowieka, jest każdemu z nas potrzebna po to, byśmy mogli żyć mądrze i szlachetnie, czyli w sposób godny naszej niezwykłej godności dzieci Bożych Przypatrywać się własnemu powołaniu, to najpierw szukać odpowiedzi na najważniejsze dla człowieka pytania: skąd się wziąłem? Dokąd lub do kogo zmierzam? W oparciu o jakie więzi, wartości i ideały mogę osiągnąć życiowe cele, które sobie wyznaczam? Jakie jest podstawowe powołanie człowieka, wspólne dla wszystkich ludzi? Jakie jest moje powołanie szczegółowe, czyli to niepowtarzalne, które tylko ja mogę odkryć i tylko ja mogę zrealizować?

Ostatecznych i pewnych odpowiedzi na te wszystkie pytania może udzielić nam jedynie Bóg, gdyż On nas kocha i rozumie bardziej niż my potrafimy pokochać i zrozumieć samych siebie. Biblia, która w imieniu Boga wyjaśnia nam naszą tajemnicę, przypomina nam o tym, że Bóg stworzył czło­wieka z miłości, że nas, ludzi, uczynił osobami rozumnymi i wolnymi oraz, że marzy o tym, byśmy stawali się coraz bardziej podobni do Niego. To Boże podobieństwo, którym obdarzył nas Stwórca, jest jednak w każdym z nas zagrożone. Żyjemy bowiem na ziemi, która w planach Boga miała być dla nas rajem, a którą my — na skutek grzechu pierworodnego oraz grzechów i słabości kolejnych pokoleń zamieniliśmy w padół łez i w dolinę ciemności.

Przypatrywanie się własnemu powołaniu po to, by chronić w sobie Boże podobieństwo, jest szczególnie ważne w wieku rozwojowym. To, co w człowieku najpiękniejsze, bywa najbardziej za­grożone właśnie u dzieci i młodzieży, a zatem u tych, którzy z definicji są jeszcze niedojrzali i którzy w konsekwencji bardziej niż dorośli - okazują się podatni na negatywne naciski płynące z zewnątrz oraz z własnego wnętrza. W XXI wieku wielu jest ludzi faryzejskich i cynicznych, którzy gotowi są sprzedać młode pokolenie dziewcząt i chłopców w każdą formę niewoli, byle tylko wzbogacić się na czyjejś słabości. Na naszych oczach powtarza się dramat starotestamentalnego Józefa, syna Jakuba, sprzedanego do niewoli przez własnych braci (por. Rdz 37, 27). Wielu młodych powtarza obecnie także inny dramat, a mianowicie dramat syna marnotrawnego, który sam siebie skrzywdził, opuszczając kochającego ojca w naiwnym przekonaniu, że znajdzie łatwo osiągalne szczęście: bez wysiłku, bez pracy, bez respektowania zasad moralnych (por. Łk 15,11-32).

Być odpowiedzialnym rodzicem to być świadomym tego, że żyjemy w cywilizacji, w której do­minuje niska, czasem wręcz prymitywna kultura. Jest to kultura, która tolerancję i demokrację stawia w miejsce prawdy, miłości i odpowiedzialności. Jest to kultura, która promuje powierzchowne myśle­nie o człowieku oraz ucieczkę od twardej rzeczywistości w świat miłych fikcji i naiwnych ideologii.Tego typu ideologie stawiają człowieka w miejsce Boga i zachęcają do kierowania się chorą filozofią życia. Nawołują do „pozytywnego” myślenia zamiast do pozytywnego postępowania, do czynienia tego, co łatwiejsze zamiast tego, co wartościowsze, a także do wychowania bez norm moralnych i bez stawiania wymagań, czyli do „wychowania” przez brak wychowania.

        Niska kultura jest zawsze kulturą antypowołaniową, gdyż przeszkadza ona człowiekowi w wypływaniu na głębię człowieczeństwa i w przypatrywaniu się własnemu powołaniu. Tego typu kultura skupia młodych ludzi nie na tym, w czym człowiek podobny jest do Boga, lecz raczej na tym, w czym jest on podobny do zwierząt. Mass media, a nawet modni psycholodzy, pedagodzy i seksuolodzy coraz częściej zachęcają nastolatków do tego, by przypatrywali się jedynie własnemu ciału, popędom, emocjom i subiektywnym przekonaniom oraz by postępowali tak, jak postępuje tak zwana większość społeczeństwa. Konsekwencje tej sytuacji są bolesne i najbardziej niepokoją tych rodziców, którzy są mądrzy i którzy chcą chronić swoje dzieci przed demoralizacją. Tacy rodzice zdają sobie sprawę z tego, że obecnie wielu nastolatków „myśli” tak, jak im telewizja każe. W konsekwencji ponad 90% piętnastolatków ma już za sobą inicjację alkoholową. Coraz więcej jest wśród młodych ludzi agresji, przestępstw i samobójstw. Coraz mniej nastolatków zdolnych jest do solidnej pracy oraz do założenia trwałej i szczęśliwej rodziny. Niektórzy poświęcają własne sumienie i ideały oraz ryzykują własne zdrowie i życie dla chwili przyjemności fizycznej czy dla poprawienia sobie emocjonalnego nastroju.

        W obliczu antypowołaniowej kultury i antywychowawczej cywilizacji zadaniem chrześcijań­skich małżonków i rodziców jest najpierw troska o rozwijanie bogactwa własnego człowieczeństwa oraz o zachowanie stanowczej wierności własnemu powołaniu. Wierność ta oznacza zwłaszcza wier­ność łasce sakramentu małżeństwa, a także wierność zobowiązaniom wychowawczym, jakie rodzice przyjęli na siebie wobec własnych dzieci, prosząc dla nich o chrzest. Wierność przysiędze małżeńskiej to codzienna czujność oraz radosny wysiłek, by podtrzymywać i pogłębiać miłość do współmałżonka. Pierwszym bowiem sposobem kochania dzieci jest wzajemna miłość ich rodziców. Dzieci mogą czuć się kochane i bezpieczne jedynie wewnątrz miłości rodziców!

        Drugim zadaniem rodziców jest odnoszenie się do swoich dzieci z czułością i miłością mądrą, czyli z miłością wychowującą jakiej uczy nas Jezus we wspomnianej już przypowieści o mądrze kochającym ojcu i marnotrawnym synu. Nawet wtedy, gdy syn szlachetnego ojca odchodzi, to zabiera on ze sobą uczciwie uformowane sumienie. Właśnie dlatego nie zjada on strąków, których mu nikt nie dawał (por. Łk 15, 16). Kiedy syn stracił już wszystkie pieniądze, wtedy nie zdecydował się kraść, lecz  cierpiąc głód - zastanowił się i wrócił do ojca. Wtedy dopiero odkrył, że ojciec nigdy nie przestał go kochać.

        Przypowieść opowiedziana przez Jezusa potwierdza tę podstawową prawdę, że najważniejszym przejawem miłości rodziców do dzieci jest troska o szlachetne wychowanie. Istotą niezawodnego wychowania jest nie tylko formowanie prawego sumienia, ale także fascynowanie synów i córek życiem w miłości, czystości, wierności i radości. Dopiero wtedy młodzi ludzie mogą oprzeć się równie popularnym, co zaburzonym „ideałom”, typu wałka między kobietami a mężczyznami, co proponują feministki, czy wzajemne izolowanie się kobiet i mężczyzn, co z kolei proponuje krzykliwa mniejszość homoseksualistów, zwana gejami. Szlachetne wychowanie to najlepsza ochrona przed chorą filozofią życia, typu: „róbcie, co chcecie” czy „żyjcie na luzie”.

        Dojrzali rodzice wiedzą o tym, że istotą wychowania chrześcijańskiego nie są nakazy ani zakazy, lecz fascynowanie dzieci i młodzieży perspektywą życia w świętości, czyli perspektywą życia w miłości, prawdzie i wolności! Być odpowiedzialnym rodzicem to nie tylko dojrzale kochać własne dzieci, ale to także pomagać im w tym, by również one uczyły się kochać w podobnie dojrzały sposób. Najbardziej owocnie kochamy tych, którzy z naszą pomocą uczą się kochać i którzy dzięki temu cieszą się własnym istnieniem, a także Bogiem i ludźmi! Mądre wychowanie to w praktyce wprowadzanie dzieci i młodzieży w dojrzałe więzi, chronione dojrzałą hierarchią wartości, opartą na dobru, prawdzie i pięknie. Warunkiem takiego wychowania jest przyprowadzanie młodych ludzi do Boga, który jest najlepszym Wychowawcą człowieka.

        Pierwszym warunkiem wychowywania, czyli pomagania dzieciom i młodzieży w dorastaniu do świętości, jest codzienne przebywanie razem z nimi Nie jest możliwe wychowanie „zaoczne” Formowanie postaw dokonuje się zawsze za pomocą spotkania twarzą w twarz wychowawcy z wychowankiem. Wychowywać to mieć czas dla dzieci i młodzieży. To całymi dniami, miesiącami i latami rozmawiać z nimi o sztuce życia. To odpowiadać na ich pytania. Także na te pytania i wątpliwości, które młodzi ludzie stawiają za pomocą milczenia, a czasem w formie buntu czy agresji. Wychowywać to mieć odwagę proponować dzieciom i młodzieży wyłącznie optymalną, czyli ewangeliczną drogę życia. Drogi gorsze, a tym bardziej drogi niegodne człowieka, młodzi potrafią znaleźć i zaproponować sobie sami, bez pomocy dorosłych lub z pomocą demoralizatorów. Jeśli ktoś z rodziców wskazuje swoim dzieciom jakąś inną drogę życia, niż trwanie w miłości, prawdzie, czystości i wolności dzieci Bożych, ten wyrządza im drastyczną krzywdę!

        Ostatecznym celem wychowania chrześcijańskiego - opartego na przypatrywaniu się powołaniu naszemu - jest świętość. Dojrzali rodzice wiedzą o tym, że świętość nie ma nic wspólnego z dewocją, z naiwnością, z cierpiętnictwem, czy z uciekaniem od Życia doczesnego. Dojrzali rodzice wiedzą też, że świętość to nie to samo, co perfekcjonizm czy doskonałość: Perfekcjonista to bowiem ktoś, kto usiłuje być Bogiem, tymczasem człowiek święty to ktoś, kto pragnie naśladować Boga mimo własnej niedoskonałości. Bóg jest Miłością i dlatego świętość, czyli naśladowanie Boga, to uczenie się Jego miłości bezinteresownej, a jednocześnie mądrej.

        Święta miłość to nie to samo, co seksualność czy popęd. Popędy bywają ślepe, a seksualność oderwana od miłości może wręcz prowadzić do przestępstw. Dojrzała miłość to nie to samo, co uczucie czy miły nastrój. Miłość to nie zakochanie. Każdy z nas zna dramatyczne historie krzywd, jakie ludzie zakochani potrafią wyrządzić drugiej osobie, a nawet samym sobie. Miłość to nie to samo, co tolerancja, bo tolerować to znaczy lekceważyć sobie los drugiej osoby i pozwalać jej nawet na takie zachowania, którymi osoba ta krzywdzi siebie czy innych ludzi. Dojrzała miłość to coś więcej niż akceptacja, bo akceptować to mówić: „bądź sobą”, a kochać to pomagać, by dana osoba nieustannie się rozwijała, czyli by codziennie z naszą aktywną pomocą stawała się większa od samej siebie. Dojrzała miłość nie ma też nic wspólnego z naiwnością. Kochać to być dla innych ludzi mądrym darem, a nie naiwną ofiarą. W dojrzałej miłości obowiązuje zasada: to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził.

        Prowadzić dzieci i młodzież do ewangelicznej świętości to fascynować ich tą miłością, jaką ukochał nas Syn Boży, który stał się Człowiekiem po to, byśmy dosłownie zobaczyli Jego miłość i byśmy mogli bezpośrednio od Niego uczyć się takiej właśnie miłości!

        Chrystus uczy nas tej miłości, która jest nie tylko szczytem dobroci, ale też szczytem mądrości. Mądrość miłości przejawia się w zdolności doboru takich słów i czynów miłości, które dostosowane są do zachowania kochanej przez nas osoby. Jezus odnosił się do wszystkich ludzi z tą samą nieodwołalną miłością ale wyrażał tę miłość w niepowtarzalny sposób, w zależności od tego, jak postępowali ci, których spotykał. Właśnie dlatego ludzi szlachetnych Jezus umacniał, ludzi błądzących twardo upominał, a faryzeuszów i cyników stanowczo demaskował po ty, by nie mogli już więcej krzywdzić swoich ofiar i by zastanowili się nad swoim dotychczasowym postępowaniem.

        Niektórzy rodzice obawiają się tego, że szlachetnie wychowując swoje dzieci, „skazują” je na to, że mogą one stać się w przyszłości ofiarą ludzi niewychowanych i nieszlachetnych. Tego typu obawy wynikają z niezrozumienia istoty wychowania według zasad Ewangelii. Otóż mądre wychowanie chrześcijańskie sprawia, że młody człowiek nie będzie nigdy ani katem, ani też ofiarą. Będzie umiał odnosić się do innych ludzi z miłością i szacunkiem, a jednocześnie nigdy nie będzie wobec nich naiwny. Tę właśnie mądrość wychowania podkreśla Jezus wtedy, gdy podaje najkrótszą definicję chrześcijanina: „Bądźcie roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie” (Mt 10, 16).

Ci rodzice, którzy są wierni własnemu powołaniu, którzy przyprowadzają swoje dzieci do Boga i którzy uczą swoich synów i swoje córki naśladowania Chrystusa, czyli dorastania do świętości, tym samym pomagają swoim dzieciom w przypatrywaniu się własnemu powołaniu oraz w radosnym wypełnieniu tegoż powołania. Zadaniem rodziców jest dawanie dzieciom i młodzieży fundamentów miłości i mądrości. Nie jest natomiast ich zadaniem „podpowiadanie” synom i córkom ich niepowta­rzalnego powołania, bo powołanie to ukryte jest w Bogu. Mądrzy rodzice pomagają swym dzieciom w dorastaniu do każdego powołania, jakie Bóg podpowie ich synom czy córkom.

        Zdecydowaną większość ludzi młodych Bóg powołuje do założenia trwałego małżeństwa i świę­tej, czyli szczęśliwej rodziny. Jednak również ci młodzi, którym Bóg proponuje powołanie szczególne, a zatem powołanie do kapłaństwa czy życia konsekrowanego, potrzebują podobnej dojrzałości, jaka konieczna jest w małżeństwie i rodzinie. Powołanie małżeńskie i rodzicielskie to realizacja najbardziej niezwykłej, bo wiernej, wyłącznej, czystej i płodnej miłości kobiety i mężczyzny. Z kolei powołanie kapłańskie czy zakonne nie jest ani mniejsze, ani większe niż powołanie do małżeństwa i rodziny. Jest to inne powołanie. Księża i siostry zakonne rezygnują z założenia własnych, radosnych i świętych rodzin po to, by innym ludziom pomagać w założeniu takich właśnie rodzin.

        Powołanie kapłańskie i zakonne oparte jest na tej samej, niezwykłej miłości, jakiej człowiek nie odnajduje w samym sobie, lecz jedynie w Bogu. Być księdzem to być powołanym do duchowego ojcostwa. To być dla spotykanych ludzi mamą i tatą jednocześnie na wzór Boga, który nie jest mężczyzną, lecz Miłością, a zatem Pełnią. Być księdzem według serca Bożego to kochać spotykanych ludzi tak, jak bliskich krewnych i być dla nich specjalistą od miłości. To rozumieć całego człowieka. To troszczyć się o człowieka tu i teraz, a nie tylko o jego los w wieczności. To ratować życie doczesne i wieczne ludziom bezradnym, błądzącym czy krzywdzonym. To umacniać ludzi mocnych, by żyli jeszcze szlachetniej i radośniej niż dotąd i by mogli umacniać tych, którzy potrzebują pomocy.

        Podobnie osoby powołane do życia konsekrowanego nie są powołane do bycia naiwną ofiarą czy do rezygnacji z miłości. Istotą powołania osób zakonnych nie jest to, co robią (modlitwa i medytacja, katechizowanie, granie na organach, pomoc w parafii, itp.), lecz to, kim są. Zakonnik, siostra zakonna, osoba konsekrowana w instytutach świeckich to ktoś, kto przeżywa szczególnie mocną więź z Chrystusem. To ktoś, kto nie rezygnuje z miłości, ale kto żyje miłością niezwykłą bo przeżywaną w bezpośrednim kontakcie z Niewidzialną Miłością. To ktoś, kto dla ludzi świeckich jest przypomnie­niem i znakiem powołania do wiecznej miłości. To nie przypadek, że w krajach, w których coraz mniej dziewcząt ma odwagę wstąpić do zgromadzenia zakonnego, coraz mniej ich koleżanek ma odwagę zdecydować się na małżeństwo i na założenie rodziny.

        Zdarza się czasem tak, że rodzice księży czy sióstr zakonnych mają poczucie wyższości, gdyż sądzą że ich dzieci obrały stan „wyższej doskonałości”. Na szczęście rozumiemy już, że w Kościele nie ma stanów „wyższych” i „niższych”, gdyż wszyscy powołani jesteśmy do życia w świętej miłości. Drugi błąd, który grozi rodzicom księży czy sióstr zakonnych to postawa przeciwna, czyli przekona­nie, że dokonali oni czegoś niezwykłego, bo „poświęcili” swoje dzieci Bogu. Tymczasem dzieci nie są nigdy własnością rodziców. A bycie darem dla Boga i dla bliźnich w takim samym stopniu, chociaż w inaczej wyrażanej formie, odnosi się zarówno do małżeństwa i rodziny, jak do kapłaństwa, życia zakonnego czy życia konsekrowanego w instytutach świeckich.

Zadaniem rodziców jest zatem fascynowanie swoich dzieci życiem w świętej miłości, niezależnie od tego, co okaże się ich specyficznym powołaniem. Rolą rodziców jest przypominanie dzieciom o tym, że wykształcenie, praca zawodowa, zdobycie ustabilizowanej pozycji finansowej i społecznej nikomu nie wystarczy do szczęścia! To wszystko jest wtórne w odniesieniu do powołania. Człowiek jest bowiem powołany do czegoś znacznie większego niż tylko do zdobycia pozycji społecznej i do wypełniania swych obowiązków w pracy zawodowej.

Miłość małżeńska to powołanie do wspólnego dorastania do świętości małżonków i rodziców wraz z ich dziećmi. To towarzyszenie dzieciom w odkrywaniu ich własnej drogi naśladowania Chry­stusa. Przypatrywanie się powołaniu naszemu i szlachetne wychowanie w rodzinie to najważniejsze i najtrudniejsze zadanie na tej Ziemi. To jednocześnie najpewniejsza inwestycja na teraźniejszość

 

 

 „NAUCZYCIELU, GDZIE MIESZKASZ? CHODŹCIE, A ZOBACZYCIE.” (J 1,38-39)

(konferencja dla młodzieży)

S. Teresa od Maryi Matki Miłosierdzia OCD, Gniezno

 

 

Moi Drodzy, Dziewczęta i Chłopcy,

 

Kiedy byłam w waszym wieku gorączkowo poszukiwałam odpowiedzi na pytanie: co chcę w życiu robić? Dokąd idę? Co mnie pociąga i interesuje? Jaki zawód wybrać? Pojawiały się także pytania głębsze: o sens życia, mojego konkretnego istnienia w rodzinie, w grupie przyjaciół, w społeczeństwie. Pytania mnożyły się bezustannie, bo przecież jest to czas poszukiwań, marzeń, planów, podejmowania decyzji wyboru szkoły, kierunku studiów, rozwijania zainteresowań. W pewnym momencie zaczęłam się także zastanawiać, dlaczego cierpię, dlaczego cierpią inni, co mogę zrobić, żeby to zmienić, co zrobić, żeby świat był lepszy, bardziej sprawiedliwy? Z biegiem czasu moje poszukiwania rozciągnęły się na cały świat, powoli stawałam się kosmopolitanką z równie wielką jak kula ziemska głową pytań. Ale też istniała druga strona medalu: nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi, a kolejne rozczarowania w róż­nych dziedzinach prowadziły do coraz głębszego buntu i frustracji. Dziś piszę te słowa z radykalnie innego punktu: znalazłam odpowiedź na wszystko, a raczej odpowiedź mnie odnalazła. I choć nie pozbawia mnie trudu i walki poszukiwań, to wskazuje drogę do pięknego, spełnionego i szczęśliwego, pomimo cierpienia, życia. Ta odpowiedź i ta droga zawiera się w jednym słowie: Jezus.

Słowa, które do Was kieruję, są historią poszukiwań i znajdowań Jezusa.

 

Modlitwa

 

„...gdzie mieszkasz?”(J 1,38)

Można by przetłumaczyć: gdzie przebywasz, gdzie trwasz...

Odkąd pamiętam zawsze byłam pobożna, uparcie chodziłam na niedzielną Mszę św., wbrew wszystkim i wszystkiemu Jeszcze w podstawówce biegałam na nabożeństwa majowe, czerwcowe i październikowe, chyba z wiarą dziecka poszukując Boga Potem w czasie buntu przestałam tak czę­sto „biegać”, ale nawet wtedy niedzielna Eucharystia była nie do ruszenia.

Tak samo jak comiesięczna spowiedź: wstydu się wtedy najadałam, a potem żalu, że raz jeden tylko mogę przyjąć Pana Jezusa, bo grzeszyłam, więc więcej nie mogłam. To mi zostało głęboko w pamięcią Zbliżała się matura, ostatni rok, pytania jak już wiecie narastały i wtedy świat się dla mnie zawalił cierpienie z powodu rodzinnych kłopotów przygniotło mnie i zmiażdżyło. Wówczas stwierdziłam: jeżeli tak, to nie warto wychodzić za mąż, zakładać rodziny, me warto mieć domu, o który można się kłócić, nic nie warto. Cierpiałam także z powodu niespełnionych marzeń o wielkiej miłości, która nie przetrwała naszej niedojrzałości. To był czas modlitwy i wołania do Boga, może mocno zbuntowanego wołania, ale jednocześnie bardzo rozpaczliwego. Tak modliłam się od tamtej pory kilka razy.

To był rok 1997 czas spotkania papieża Jana Pawła II z młodzieżą w Paryżu. Kto z Was nie chciałby pojechać do Paryża? Ja też chciałam i pojechałam jako „czarna owca”. Tam właśnie usłyszałam słowa: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz? Chodźcie, a zobaczycie.” To jest fragment o powołaniu uczniów i to był także czas mojego spotkania z Jezusem, mojego powołania do życia blisko Niego, początek drogi do znajdowania sensu i odpowiedzi. Od tamtej pory zaczęłam się modlić systematycznie: najpierw 5 minut dziennie, potem 15, po latach godzinę i codzienna Eucharystia, a teraz jestem mniszką, ale nie wszyscy musicie, jak ja, pójść do klasztoru. Przede wszystkim zmieniło się moje życie. Jezus stał się obecny, coraz bardziej, choć prosto i zwyczajnie. Wtedy nawet Paryż przestał istnieć, a ja odkryłam, że sercem powołania chrześcijańskiego jest właśnie życie, przebywanie, trwanie z Jezusem, z Bogiem, w sercu Trójcy Świętej. To trwanie tak proste, że staje się dostępne dla każdego człowieka, w każdym czasie i miejscu, choć wymaga decyzji, wierności i miłości.

W taki właśnie sposób modliłam się, gdy szukałam mojego konkretnego miejsca, zawodu, męża, bo o życiu zakonnym wtedy nie myślałam. Zresztą niechby mnie w tamtym czasie ktoś usiłował przekonywać! Tym razem czekałam cztery łata. Moja modlitwa stopniowo przeradzała się w wołanie i błaganie, coraz bardziej gorące. Myślę, że czasem trzeba pozwolić sercu na bycie głęboko rozdartym, aby stać się podatnym na działanie Boże, wrażliwym na Jego głos. Otrzymałam odpowiedź i wstąpiłam do klasztoru. To moje konkretne powołanie: żyć tylko dla Boga, oddać Mu zupełnie wszystko, miłować Go niepodzielnym sercem i takim samym moich braci.

Modlitwa wypełnia całe moje życie, bo jeżeli nie rozmawiam z moim Mistrzem, Panem, Oblu­bieńcem, Przyjacielem i Bratem to skąd mam wiedzieć, co Mu sprawia radość, jak mam żyć i kochać? Powiedziałabym Wam dziś: Jeżeli nie staracie się szukać prawdy, Boga, sensu życia, jeśli nie próbujecie się modlić, to nie miejcie potem żalu, jeśli coś ważnego, najważniejszego minie Was w życiu lub tego nie zauważycie. Nie można usłyszeć, jeśli się nie słucha.

 

Świadectwo

 

„Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami

i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży.

Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem." (J 1,35-37)

 

Nie spotkałam Jezusa tylko z powodu mojego wołania. Wtedy, w Paryżu, spotkałam Go bardzo konkretnie we wspólnocie, która tam żyła i gościła nas, wraz z kilkutysięczną rzeszą młodych poszukiwaczy. To właśnie życie tej wspólnoty, proste i radosne pociągnęło mnie do Boga i do Kościoła. Niezmiennie zadawałam sobie pytanie: jak oni to robią bo wyglądali na bardzo szczęśliwych i wyczuwało się, że jest to autentyczne i kryje w sobie jakąś tajemnicę. Przyglądałam się i dziwiłam ich niezmordowanemu poświęceniu, niezmordowanej radości, wielkiej otwartości i prawdziwej, mądrej, miłosiernej i przebaczającej miłości.

Wtenczas i później przez kolejne lata słuchałam wielu świadectw wiary tych ludzi: opowiadali o swoim życiu, powołaniu, jak to się stało, jakie były znaki itp. Chłonęłam nową wiedzę z mieszanymi uczuciami: albo „to nie może być prawdą!”, albo „też coś...”. Ale rzucane ziarna wiary kiełkowa­ły we mnie. Uczyłam się wszystkiego: modlitwy, rozpoznawania działania Bożego, czytania Pisma Świętego, życia we wspólnocie: piękna, dobrodziejstwa i trudu tego życia. To czas odkrywania Kościoła, powołania do życia w Kościele, we wspólnocie i radości z tego, że nie trzeba żyć w pojedynkę, w samotności, ale że spotkanie z Jezusem prowadzi do spotkania z drugim człowiekiem. Pokochałam wtedy Kościół i to, że przez chrzest stałam się Jego cząstką. Znalazłam w nim prawdziwych świadków wiary, którzy pomogli mi i pomagają w chodzeniu za Jezusem. Oni już przeszli wiele dróg i mogą mnie poprowadzić tą właściwą, prowadzącą do życia. Do nich należą także Ci, którzy już są na drugim brzegu: Matka Boża i święci.

 

Słowo Boże

 

„Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. „(J 1,39)

Powołaniem karmelitanki -. mniszki jest rozważanie w dzień i w nocy Słowa Bożego. Zanim jednak odkryłam, że właśnie to powołanie jest głęboko wpisane we mnie samą Słowo poprowadziło mnie, wskazując drogę. Już samo czytanie Biblii zaczęło mi przynosić odpowiedzi na wiele pytań. Starałam się także rozważać na modlitwie niektóre fragmenty, wiele czerpałam z wypowiedzi innych osób, dzielących się swoim rozumieniem Słowa. Na jednym z młodzieżowych spotkań młoda Brazylijka opowiadała o swoim powołaniu do życia konsekrowanego. Podobnie jak ja nie przypuszczała, że to może być jej droga, ale jedno zdanie gdzieś usłyszane powracało w jej myślach: „I poślubię cię sobie na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana”(Oz 2,21-22). Mówiła, że nie mogła się wprost opędzić od tych słów, gdy chciała się modlić, gdy spotykała się z przyjaciółmi, nawet, gdy słuchała jakiejś piosenki. Trochę się z tego pośmialiśmy, ale dobrze pamiętam jak zakończyła: „W pewnej chwili byłam pewna, że Pan chce, bym Mu oddała swoje życie, bym była Jego Oblubienicą chce mnie poślubić”. To była ważna lekcja: a więc ta pewność jest możliwa, możliwe jest odkrycie swego powołania i wcale nie muszą temu towarzyszyć huragany i trzęsienia ziemi, może wystarczy lekki podmuch przekonania, że to jest to, że tego właśnie pragnęłam od zawsze, że to we mnie było, ale ja nie wiedziałam. To tylko jeden z wielu przykładów, które mogę tu umieścić, a które w moim życiu posypały się kaskadami, bo u źród­ła wszystkich moich powołań jest Słowo oraz jego wyjaśnienie w tradycji i nauczaniu Kościoła.

Teraz więc, kiedy moim osobistym powołaniem jest bycie w sercu Kościoła, trwanie przy Panu, Słowo Boże jest codziennym pokarmem, źródłem życia i światła, wskazówka jak mam żyć i co czynić, by coraz więcej kochać i spełnić to, do czego zostałam wezwana.

Historia poszukiwań kończy się znalezieniem odpowiedzi w Jezusie, pełni życia i szczęścia. To jest także powołanie każdego człowieka. Na zakończenie chciałabym zacytować może znane Wam słowa z Mszy św. inauguracyjnej papieża Benedykta XVI, z nadzieja że zapadną wam głęboko w serce:

„Kto pozwala wejść Chrystusowi, nie traci niczego, niczego - absolutnie niczego z tych rzeczy - dzięki którym życie jest wolne, piękne i wielkie. Nie! tylko dzięki tej przyjaźni otwierają się na oścież bramy życia. Tylko dzięki tej przyjaźni wyzwala się naprawdę wielki potencjał człowieczeństwa. Tylko dzięki tej przyjaźni doświadczamy tego, co jest piękne i tego, co wyzwala. Dlatego chciałbym dzisiaj, czerpiąc z doświadczenia mojego długiego życia, z wielką mocą i z głębokim przekonaniem powiedzieć wam, młodzi przyjaciele: Nie lękajcie się Chrystusa! On niczego nie odbiera, a daje wszystko. Kto oddaje się Jemu, otrzymuje stokroć więcej Tak -  otwórzcie, na oścież drzwi Chrystusowi - a znaj­dziecie prawdziwe życie. Amen.

 

 

 

„CHRYSTUS WOŁA PO IMIENIU”

(konferencja dla młodzieży)

 O. Jan Góra OP, Kraków

 

       Idziemy za Nim, bo nas wezwał. Zwrócił się do nas po imieniu. Ale nie wystarczyłoby zawołał, a my odwrócilibyśmy głowę słysząc własne imię. To wołanie musiało pochodzić z głębi, z wnętrza i być do tego stopnia przekonujące, by pójść nie oglądając się za siebie. Pójść za Chrystusem, bo zawołał mnie po imieniu, pójść całym sobą naprawdę i na zawsze...

        Z jakiej głębi musi pochodzić wezwanie, ażeby w sobie znaleźć tyle sił, by oderwać się od siebie, od swoich, od podłoża i pójść w nieznane za głosem? Jaki to musi być głos, jak musi brzmieć, jak często musi być go słychać?

        Kiedy będąc jeszcze w nowicjacie odmawialiśmy w klasztorze brewiarz po łacinie, a ja nie znałem tego języka zupełnie, bywałem zmęczony i smutny tą, jak mi się wydawało bezsensowną pracą. Zadzwoniłem wtedy do mojego wuja, profesora łaciny w Krakowie i żaliłem się, że każą nam czytać po łacinie, a ja nic nie rozumiejąc bardzo się męczę a może i tracę czas. Wuj, stary profesor powiedział mi wtedy: niczym się nie martw. Najpierw staraj się dokładnie śledzić tekst i naucz się wymawiać poszczególne słowa. To będzie pierwszy stopień zrozumienia ad verbum, co do słowa. Staraj się pilnować tekstu na poziomie słowa. Po jakimś czasie te poszczególne słowa będą się powtarzać, będziesz je zapamiętywał, a z czasem coraz lepiej rozumiał.

        Po jakimś czasie trzeba ci będzie pójść dalej, a raczej głębiej. Poszczególne słowa już nie będą takie ważne, ponieważ będą ci się układały w całe zdania, okresy, frazy. Już nie dosłowność poszczególnych wyrazów, ale ich głębszy sens, zrozumienie myśli autora będzie cię pochłaniać. Po łacinie można powiedzieć o tym poziomie, że jest ad sensum. Rozumie się sens wypowiedzi. Nawet jedno czy drugie nieznane słowo po drodze nie przysłoni rozumienia tekstu. Taki zrozumiały tekst już karmi. Można się nim duchowo pożywić. Sprawia satysfakcję i duchową radość poznawania nieporównywalną z czymkolwiek. Radość płynąca z poznania Boga i świata, drugiego człowieka i samego siebie jest tak wielka, że można ją porównać jedynie do światła, które oświeca świat wokoło i napełnia nas radością. Ale to jeszcze nie koniec. Nie jest to najgłębszy poziom rozumienia tekstu czy wypowiedzi.

        Istnieje jeszcze głębsza warstwa znaczeniowa każdej wypowiedzi. Bo można usłyszeć dźwięk, głos. Można następnie rozumieć to, co ktoś do mnie mówi. Rozumiem, że mówiąc do mnie, ktoś pragnie mnie o czymś poinformować. Ale czy taka informacja musi być zaraz motywacją? Czy musi mnie zobowiązywać, odwoływać od jednego a pociągać ku czemuś innemu. I tutaj przypomina mi się trzeci stopień zrozumienia ówczesnej odpowiedzi wuja, mającej na celu pouczenie mnie jak należy się modlić brewiarzem po łacinie nie rozumiejąc jeszcze łaciny. Ten trzeci stopień, czyli ta głębia to —  ad mentem!

        To znaczy, że po latach dojdę do tego, ażeby zrozumieć najgłębszy zamysł autora, intencję. Już sło­wa nie są takie ważne, już ich zrozumienie nie jest takie ważne, ponieważ zrozumiałem coś ważniejszego, że On mnie pokochał jako pierwszy i że On mnie wybrał jako pierwszy i dlatego w tej niszy Jego miłości i wyboru mogę Go pokochać i wybierać.

        Ażeby usłyszeć wezwanie nie można usłyszeć jedynie dźwięku głosu, ale musi to być głos serca. A może wcale nie musi to być nawet głos, ale intuicja i świadomość, że On mnie wzywa. I że Jemu nie mogę nie odpowiedzieć. Jeśli znamy się od dawna, jeśli ze sobą rozmawiamy, jeśli ze sobą uzgadniamy wszystko, jeśli wnikamy głęboko w nasze myśli i serca, to nie ma obawy, abym takiego wezwania nie usłyszał, abym go opacznie zrozumiał, abym za nim nie poszedł. To już jest logika miłości i serca. Jemu się nie odmawia, ale i On wie, kogo powołać. Wezwanie do pójścia za Chrystusem musi pochodzić z głębi. Nie może pochodzić z powierzchni. Na powierzchni możliwe są zakłócenia i pomyłki. Na powierzchni może działać diabeł, stara małpa przedrzeźniająca gesty i słowa Chrystusa. Antychryst jest zawsze anty czemuś lub anty komuś. Tymczasem wołanie Chrystusa jest zawsze dobrą i zawsze nowiną. Brzmi pozytywnie: Chodź za mną!

        Ten dialog trwa. Nasila się i słabnie. Człowiek sprawdza prawdziwość wezwania nawet, gdy jest pewny, sprawdza po wielokroć, ale i Bóg sprawdza wierność tego, którego wezwał. Ten dialog pochodzi z głębi modlitwy, z głębi więzi, jaka się wytwarza pomiędzy wołającym a wołanym. To On woła po imieniu i nikt z zewnątrz tego wołania nie słyszy, ani nie może zakwestionować. Rozumiem sens tego wezwania, doskonale wiem, że chodzi tutaj o mnie. To powołanie staje się scenariuszem na moje późniejsze życie. On mi coś przygotował, bo mnie wezwał. Nie wezwał mnie na próżno, ale do wykonania jakieś zadania. Dzisiaj już wiem, że On mnie wezwał, ale jeszcze mogę nie wiedzieć do czego konkretnie. Z czasem, z latami coraz bardziej będę dostrzegał, coraz konkretniej do czego mnie wezwał. I to wezwanie przekroczy moje najśmielsze oczekiwania, najśmielsze wyobrażenia, mnie całego przekroczy i przerośnie. W posłuszeństwie temu głosowi przekraczam samego siebie, takiego jakim jestem. Jeśli uczynię z siebie bezinteresowny dar dla Niego, przekraczam samego siebie, bo już nie ja, ale On we mnie działa. Jestem narzędziem Najwyższego. Dopiero tutaj możemy mówić o tajemnicy własnego powołania. Tajemnicy dlatego, że jest ono we­zwaniem do czegoś większego niż ja sam, do czegoś większego, niż zdolny byłem sobie to wyobrazić.

        Ale ten głos musi pochodzić z głębi, a nawet nie musi to być głos czy jakaś treść albo konkretne znaczenie. Może to być intuicja i przekonanie, że tylko idąc za Nim spełnię siebie. Że nie uspokoję się nigdy, dopóki Go nie posłucham. Nie można stać na brzegu. Chrystus każe nam wszystkim wypłynąć na głębię! Co by to miało znaczyć w moim przypadku? Czy mam się obawiać i stać nadal na brzegu? Czy mam udawać, że to nie do mnie? Pokonać lęk i pójść za Nim. Można w życiu robić dużo. Można robić za dużo. Ale na nic się to przyda, jeśli nie zrobię tego, czego On ode mnie oczekuje i wymaga. Tylko to przetrwa. Wtedy i ja przetrwam realizując odwieczny zapis, jaki złożył we mnie powołując mnie do życia. Przecież wiedział co robi i po co mnie stworzył. A jego uprzedzająca wszystko miłość czekała na moją odpowiedź. Daje ją codziennie z głębi serca.

        I chociaż tak dawno przekroczyłem furtę klasztorną to przecież przestępuję ją codziennie, wyrażając swoje tak dla całości mojego myślenia i bytu. I chociaż już tyle lat upłynęło od moich święceń kapłańskich to po raz kolejny biorę do ręki mój obrazek prymicyjny i jak wtedy, przed laty w dniu święceń mówię do Niego słowami Pieśni nad Pieśniami:

Ukaż mi swoją twarz

Daj mi usłyszeć swój głos

Dla Ciebie przecież

żyje, mówię i śpiewam...

 A On odpowiada mi codziennie moimi własnymi słowami. Ale to właśnie ty teraz, po latach kapłaństwa:

                    Ukaż mi swoją twarz

                    To właśnie ty

                    Daj mi usłyszeć swój głos

                    Bo przecież ja

                    Dla ciebie

                    Żyję, mówię i śpiewam...

        Uświadomiłem sobie kiedyś, że w zależności od tego w jakim języku zwracasz się do Pana Boga, w takim samym uzyskasz odpowiedź. Kocham Go za to, że swoją odpowiedź otrzymuję codziennie.

 

 

 

„SŁUGĘ CZYNIĘ PRZYJACIELEM”

(Konferencja dla ministrantów)

ks. Tadeusz Mrowiec, Kraków

 

„Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego „.(J 15,15)

Była już wiosna. Piękna majowa pogoda zachęcała do tego, by po szkolnych zajęciach spędzać wiele czasu z kolegami na boisku, czy wspólnych wyprawach do lasu. Kończyła się szósta lekcja. Jacek niecierpliwie czekał na końcowy dzwonek. W myślach już układał sobie sprawy, które czekały na niego dzisiejszego popołudnia. Odebrać młodszą siostrę z przedszkola, powtórzyć lekcje języka angielskiego, naprawić rower po wczorajszej wyprawie. Trzeba to zrobić sprawnie, żeby zdążyć... Dzwonek przerwał mu układanie popołudniowego planu. Po wyjściu ze szkoły spojrzał na boisko i przypomniał sobie, że dzi­siaj ma zaproszenie na mecz, ale.. .w tym momencie podszedł do niego Jurek i zapytał: to co? Przyjdziesz dzisiaj na piątą. Raczej nie, mam dużo spraw do załatwienia, a na szóstą idę >>służyć<<. Co robić? Służyć? A gdzie? pyta Jurek. Jak to gdzie? W kościele, są nabożeństwa majowe, a dzisiaj ma dyżur moja grupa.

>>Służę<< przy ołtarzu.

Służę przy ołtarzu. Drodzy ministranci i lektorzy. Tak dawniej, a może i dzisiaj, nazywamy posługi liturgiczne spełniane przez chłopców w świątyni. Idę służyć, mam służbę, dlaczego nie służyłeś? To słowa odnoszące się do różnych posług liturgicznych w kościele: lektora, akolity, ministranta ołtarza, ministranta księgi, ministranta światła, czy nawet ceremoniarza. Podstawowym bowiem zadaniem ministranta jest służba Panu, Jezusowi Chrystusowi, podczas uobecnienia Jego Ofiary Krzyżowej i zmartwychwstania w Eucharystii.

W Wieczerniku Jezus wypowiedział ciekawe słowa do swoich uczniów: Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15,15). Przez trzy lata uczniowie, którzy odpowiedzieli na słowa Mistrza z Nazaretu: Pójdź za Mną byli sługami Jezusa. W Wieczerniku Jezus czyni ich swoimi przyjaciółmi, gdyż przekazuje im tajemnicę, Największą Tajemnicę swego posłannictwa, sakrament kapłaństwa i Eucharystii. Sługa, któremu powierzono tajemnicę, staje się przyjacielem. Od tej pory apostołowie są odpowiedzialni za misję Jezusa wśród ludzi. Jak Mnie posłał Ojciec mówi Jezus do apostołów tak i Ja was posyłam. (...) Idźcie i głoście Ewangelię.

Kochani! Zaprosiłem was dzisiaj na spotkanie, aby przypomnieć wam, że Jezus bardzo potrzebuje kapłanów. W tym tygodniu w szczególny sposób modlimy się w Kościele na całym świecie o powołania kapłańskie i zakonne. Co roku też Ojciec Święty kieruje do nas swoje słowo na temat powołań. W tym roku przypomniał w swoim orędziu słowa Jezusa skierowane do Piotra: Wypłyń na głębię (Łk 5,4), to znaczy jeszcze raz, tak jak na początku obecnego tysiąclecia, Papież zachęca wszystkich chrześcijan do pogłębienia życia wiary. Tylko wtedy będzie więcej powołań. Jan Paweł II podpowiada, iż chodzi o pogłębienie swojej modlitwy, o uważne wsłuchiwanie się w słowo Boże w liturgii eucharystycznej oraz o osobistą więź z Chrystusem w codziennym życiu, szczególnie wtedy, gdy przeżywamy trudne doświadczenia. Papież prosi również kapłanów i rodziców, aby dodali odwagi młodym ludziom do pogłębienia swego życia religijnego.

Kochani! Zaprosiłem was dzisiaj na spotkanie, aby dodać wam odwagi do głębszego życia religijnego, odwagi do lepszej służby przy ołtarzu. Tylko odważny chłopak może być dobrym sługą Jezusa, sługą Jego ołtarza. Dobrego sługę Jezus uczyni przyjacielem.

W Ewangelii Jezus mówi o sobie, iż przyszedł na ziemię, aby służyć. Potwierdził swoje słowa, gdy podczas Ostatniej Wieczerzy umył apostołom nogi. Uczyniwszy to, polecił swoim uczniom, by Go naśladowali, by czynili podobnie, odważnie służyli bliźnim, aż do pokornego umycia nóg.

W przypowieściach Jezus ukazuje różne postawy sług. Z nich możemy się dowiedzieć o najważniejszych cechach dobrego sługi. Jezus naucza, iż dobry sługa jest wierny w małych rzeczach, pomnaża dobra swojego Pana jak swoje, strzeże domu i winnicy swego Pana, sprawy Pana stawia na pierwszym miejscu, chętnie wykonuje polecenia, jest godny zaufania. Każdy dobry sługa otrzymuje hojną nagrodę, przekraczającego oczekiwania. Jezus ukazując nam obraz dobrego sługi w przypowieściach i siebie nazywając Sługą chce, aby każdy umiłował taką postawę w swoim życiu chrześcijańskim.

Rozważmy dwie wybrane cechy.

Dobry sługa sprawy Pana stawia zawsze na pierwszym miejscu. Na olimpiadzie w Paryżu w 1924 r. Zjednoczone Królestwo, czyli Wielką Brytanię, reprezentował między innym wybitny sprinter Eric Liddeil. Jego koronną konkurencją był bieg na sto metrów przed igrzyskami Eric uchodził za jednego z głównych pretendentów do zwycięstwa. Podczas olimpiady, ku zdziwieniu i zaskoczeniu wszystkich, zrezygnował z biegu na tym dystansie, a przyczyną było to, że eliminacje wyznaczono na niedzielę. Eric, głęboko wierzący chrześcijanin, w niedzielę nigdy ani nie trenował, ani nie biegał. Pomimo usilnych nacisków, nie zmienił swej postawy. Sportową historię i wielkość Erica Liddella w latach 80. przypomniał światu film pt. „Rydwany ognia". W scenie ukazującej decydującą rozmowę działaczy sportowych z Ericiem uderza postawa sportowca. Zapytany, dlaczego nie pobiegnie w niedzielę, odpowiada: „Sumienie mi nie pozwała Zebrani wokół niego ludzie i koledzy zachęcali go, aby raz zrezygnował ze swoich zasad, przecież olimpiada odbywa się co cztery lata, przecież jest głównym faworytem, cały sportowy świat oczekuje jego zwycięstwa. Eric niewzruszenie odpowiada, iż nie pobiegnie w niedzielę. I rzeczywiście w niedzielę poszedł do kościoła na nabożeństwo, a nie na stadion. Podczas tych samych igrzysk zastąpił kolegę w biegu na 400 metrów i zdobył złoty medal. Sięgnął też po brąz na dystan­sie 200 metrów. W rok po olimpiadzie zakończył karierę sportowca i dołączył do swego ojca, szkockiego pastora i misjonarza w Chinach. Na Dalekim Wschodzie głosił Ewangelię do końca swego życia.

Dobry sługa sprawy Pana stawia na pierwszym miejscu. Ministrant wiele razy staje wobec wyboru pomiędzy różnymi propozycjami spędzenia czasu, a obowiązkową służbą na Mszy świętej. Przykazanie mówi o miłości Boga całym sercem, całym umysłem, całą duszą i ze wszystkich sił, dlatego każdy obowiązek podjęty przez ministranta powinien być wypełniany w duchu przykazania miłości. To znaczy na pierwszym miejscu powinny być sprawy Pana.

Drugą ważną cechą dobrego sługi jest to, iż polecenia Pana wykonuje chętnie, a nawet z miłością.

W archidiecezji krakowskiej istnieje zwyczaj prymicji dekanalnych dla liturgicznej służby ołtarza. W wybranej parafii jednego lub dwóch dekanatów spotykają się ministranci, lektorzy i dziewczęta ze schól na Eucharystii sprawowanej przez nowo wyświęconego kapłana. Na jednym takim spotkaniu po Mszy świętej wszyscy zgromadzili się wokół księdza neoprezbitera i pytali, co sprawiło, iż wybrał drogę życia kapłańskiego. Młody kapłan opowiadał o swoich szkolnych latach i o swojej ministranckiej posłudze.

Na jednej ze zbiórek ministrantów mówił ksiądz proboszcz skarżył się trochę na to, iż nikt z mi­nistrantów nie chodzi do kościoła na Mszę święta w niedziele wieczorem. Przed południem jest ich zwykle dużo, ale wieczorem nie ma kto służyć, a o lektorach, to nawet nie wspomniał. Ukształtował się wtedy taki zwyczaj, że przed południem służba Boża była wyznaczona, a wieczorem z tej racji iż nikt nie przychodził ksiądz proboszcz nikogo nie wyznaczał. Postanowiłem sobie, że będę chodził na te wieczorne Msze święte w niedzielę. I od tej pory zawsze służyłem ze swoją grupą w niedzielę na wyznaczonej Mszy świętej przed południem, a wieczorem, często sam, przychodziłem drugi raz, aby służyć. Ta dodatkowa służba bardzo mi się spodobała. Zacząłem lepiej rozumieć poszczególne części Mszy świętej, odkrywałem w niej nowe tajemnice, zwracałem uwagę na dokładne wykonywanie poszczególnych czynności. Kiedy zostałem lektorem, chętnie czytałem lekcje Pisma Świętego. Po każdej wieczornej Eucharystii odczuwałem wielka radość i sprawy Pana zaczęły mnie coraz bardziej pociągać. Wydaje mi się, iż właśnie na tych dodatko­wych służeniach, nie z obowiązku, ale z dobrej woli rodziło się moje kapłańskie powołanie

Drodzy ministranci, każde powołanie kapłańskie rodzi się z miłości. To znaczy w tych sytuacjach, gdzie wypełniamy swoje obowiązki chętnie i z radością ale potrafimy także podjąć to, co zależy tylko od nas samych. Bóg poszukuje wielkich serc, te wielkie serca kształtują się w dobrowolnie podjętych dobrych czynach w domu, w szkole, w posłudze ministranta.

Starajcie się zatem w domu często pytać rodziców: „Tato, w czym mogę dzisiaj pomóc? Mamo, co mogę dzisiaj zrobić? W szkole nie poprzestawajcie tylko na wyznaczonych zadaniach, ale pytajcie wychowawców, co można dodatkowo wykonać dla dobra szkoły, klasy, czy kolegów. W posłudze ministranta starajcie się podejmować to, co jest najtrudniejsze, te obowiązki, które wymagają poświęcenia, wierności, a nawet samozaparcia, jak poranne służenie w okresie zimowym, czy obecność na wieczornych nabożeń­stwach w czasie, gdy inni bawią się w gronie kolegów.

Dobry sługa, czyli dobry ministrant, sprawy Pana, czyli sprawy Jezusa Chrystusa stawia na pierwszym miejscu w swoim życiu i podejmuje je z miłością. Jeżeli nauczycie się takiej postawy w swojej służbie, to kiedy Bóg skieruje do was pytanie, takie jak kiedyś skierował do Izajasza: Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł? (Iz 6,8) - to każdy będzie już wiedział jak odpowiedzieć. Wtedy też Bóg ze swoich dobrych sług uczyni was przyjaciółmi.

 

 

 

„POWOŁANI, BY WYPŁYNĄĆ NA GŁĘBIĘ”

(konferencja dla ruchów, grup i stowarzyszeń działajcych w Kościele)

ks. Andrzej Tulej, Warszawa

 

         „Powołani, by wypłynąć na głębię” — to hasło tegorocznego Światowego Dnia Modlitw o Powołania. Do szczególnej współpracy w dziele zbawienia Pan Bóg powołuje kapłanów oraz osoby życia konsekrowanego. Coraz częściej kandydaci do takiego sposobu życia wywodzą się z różnych grup, ruchów czy stowarzyszeń działających w Kościele. Stanowią one środowiska intensywniejszego wzrostu życia duchowego i umożliwiają swoim członkom rozpoznanie ich powołania.

        Ojciec Święty ostatnio coraz częściej przypomina polecenie Jezusa skierowane do Apostoła Piotra:„Wypłyń na głębię” (Łk 5, 4), wskazując na to, że jest ono wyjątkowo aktualne w naszych czasach, w któ­rych powszechna jest mentalność prowadząca do zniechęcenia w obliczu trudności. W swoim Orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Modlitw o Powołania Jan Paweł II podkreśla, że „pierwszym warunkiem wypłynięcia na głębię jest kultywowanie głębokiego ducha modlitwy, który karmi się codziennym wsłuchi­waniem się w Słowo Boże. (...) Modlitewna więź z Chrystusem pozwala nam doświadczać Jego obecności również w chwilach, które wydają się nam porażą a nasz wysiłek zdaje się bezużyteczny, jak to miało miejsce w życiu samych Apostołów, którzy po całonocnym trudzie oświadczyli: <<Nauczycielu, niceśmy nie złowili>> (Łk 5, 5). To właśnie w takich momentach trzeba otwierać oczy na fale łaski i pozwolić słowu Zbawiciela, aby zadziałało z całą mocą”. Staje przed nami pytanie: w jaki sposób dzisiaj skutecznie głosić Chrystusa,

— by pociągnąć do Niego tych, którzy Go jeszcze nie znają

— by „obudzić” Go w naszych braciach i siostrach ochrzczonych;

— by pomóc rozpoznać powołanie tym, którzy są wezwani do szczególnej więzi z Chrystusem i do apostolskich zadań.

        Żeby na to pytanie odpowiedzieć, należałoby najpierw bliżej przyjrzeć się współczesnemu światu, do którego adresowana jest Ewangelia.

     Kardynał Godfried Danneels, prymas Belgii i arcybiskup Mechlina-Brukseli, w swojej konferencji wygłoszonej podczas rekolekcji w Mediolanie w 2001 r., próbując udzielić odpowiedzi na podobne pytanie: jak być apostołem dzisiaj w kontekście religijnym, naznaczonym pluralizmem, indyferentyzmem i synkre­tyzmem, dokonał analizy pola, gleby, na której ma być siane ziarno Słowa Pana. Oto trudności, z jakimi musi zmierzyć się apostolstwo dzisiaj:

        Kryzys postawy wertykalnej. Współczesnego człowieka charakteryzuje horyzontalizm — chce być dobry z pominięciem Boga, akcentuje drugą część podwójnego przykazania miłości, chce kochać bliźniego, ale niekoniecznie odwołując się do Tego, który jest źródłem prawdziwej miłości, samą Miłością.

        Indywidualizm. Jest on dzisiaj skrajny. Człowiek patrzy na wszystko przez pryzmat własnego „ja” i ono się tylko liczy. Pyta: czy to mi się opłaci? Jaką będę miał z tego korzyść? Efektem tego jest doświad­czenie samotności, a co za tym idzie smutek.

        Uwikłanie w czasie. Czas stał się swego rodzaju bożkiem. Człowiekowi jest dzisiaj trudno pracować i żyć w czasie, mieć właściwe poczucie czasu. Staje się on ofiarą pośpiechu, natychmiastowości, presji ze strony innych, by okazać się wydajnym i skutecznym. Ponieważ czas nie jest traktowany w kategorii daru, to staje się wrogiem, którego należy wyeliminować. W ten sposób tracimy poczucie wartości czasu, chwili; a przecież dojrzewanie, które jest czymś właściwym dla rozwoju człowieka, wymaga czasu, wymaga cierpliwości, wymaga czekania. W przeciwnym razie pojawia się napięcie, stres, lęk, niepokój.

        Nieobecność wymiaru eschatologicznego. Można zauważyć zanikanie wiary w życie pozagrobowe, życie wieczne. Coraz więcej ludzi nie widzi sensu w myśleniu o rzeczywistości, której nie można sprawdzić czy doświadczyć. Skutkiem tego jest brak nadziei. Śmierć staje się czymś, czego człowiek nie chce — złem koniecznym. Ten brak wiary i nadziei w życie wieczne czyni człowieka smutnym, poddanym napięciu niszczącemu go.

        Warto przy tej okazji zaznaczyć, że brak zrozumienia sensu dziewictwa i celibatu jest między innymi wynikiem braku wiary w życie po śmierci, bo w perspektywie doczesności faktycznie taki sposób życia nie ma sensu.

        Zaprzeczenie prymatu łaski. Współczesnego człowieka cechuje pelagiańskie podejście do łaski. Pan Bóg pomaga nam tylko osiągnąć zbawienie, dając swoją łaskę, ale ostatecznie ja sam się zbawiam. Pan Bóg ograniczony jest tu do pomocnika, nie jest zaś tym, kim jest naprawdę — naszym Zbawicielem, bez którego człowiek sam o własnych siłach nie może się zbawić. To w ogniu polemiki św. Augustyna z Pelagiuszem Kościół sformułował znaną nam prawdę katechizmową: „Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna”. Ale przecież już sam Chrystus mówił: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5).

        Zanikanie świadomości misyjnej. Coraz częściej stawia się osobę Chrystusa obok wielkich, wybitnych postaci historii, jakby zrównując Go z nimi. Następuje zagubienie wyjątkowości osoby Jezusa Chrystusa, który był kimś więcej niż np. Budda czy Mahomet. Chrystus objawił się jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Głosić Chrystusa znaczy głosić Go jako nie tylko wielkiego, wspaniałego człowieka, ale przede wszystkim jako Boga —jedynego Zbawiciela człowieka.

        Depersonalizacja Boga. Dla wielu współczesnych ludzi Bóg nie jest osobą lecz jakąś bezosobową siłą, mocą, energią. Ma to swoje konsekwencje. Grzech staje się wtedy tylko błędem, potknięciem, a wina nie ma już miejsca, bo nie można zranić czegoś, co nie jest osobą. Także relacja do drugiego człowieka zostaje pozbawiona odniesienia do Boga, co przeczy słowom Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

        Wszystko, co zostało do tej pory powiedziane, jest opisem pola pracy apostolskiej w świecie współczesnym. Mówi o „kondycji” duchowej dzisiejszego człowieka. Nie można jednak poprzestać na wskazaniu trudności i przeszkód, ale trzeba zobaczyć w nich szansę, okazję, „prowokację” Pana Boga dla postawy wewnętrznej dzisiejszego, ale nie tylko dzisiejszego, ewangelizatora i apostoła.

        Kardynał Daimeels wyciąga następujące wnioski, które są próbą odpowiedzi na pytanie: co winno cechować współczesnego świadka Chrystusa.

        Świadomość skończoności. Każdy z nas ma jakieś ograniczenia, nie może wszystkiemu sprostać, ze wszystkim sobie poradzić. Doświadczenie własnych ograniczeń rodzi potrzebę łaski, potrzebę Boga. Samo przyznanie się do tego, że nie wszystko ode mnie zależy, i akceptacja własnych słabości rodzi pokój serca i napełnia je radością.

        Świadomość powołania. Powołanie do bycia chrześcijaninem, uczniem Chrystusa, czy w szczególności powołanie do kapłaństwa lub życia konsekrowanego jest darem. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16) — powie Chrystus. A także: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał” (J 6,44). Pan Jezus, wybierając i powołując, nie zostawia nas samymi, ale zaprasza do realizacji Jego planu, zaprasza do współpracy z Jego łaską.

        Świadomość bycia grzesznikiem. „Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1, 8). Wszyscy jesteśmy grzesznikami, ale odkupionymi przez Chrystusa. Grzesznikami, którzy zawsze, gdy stają w skrusze, dostępują przebaczenia, doświadczają szczególnej Bożej miłości i miłosierdzia. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 J 1, 9).

 Duchowość słuchania. Słuchanie jest podstawową chrześcijańską postawą, ponieważ znajduje się w sercu wiary: wiara rodzi się ze słuchania. Mamy wsłuchiwać się w głos Boga w naszym sercu i w głos drugiego człowieka, przez którego również mówi Bóg. Jeżeli ktoś nie potrafi słuchać bliźniego, to czy usłyszy głos Boga w swoim sercu? Z pewnością słuchanie nie jest czymś łatwym, wymaga wysiłku, skupienia, ciszy. Ale jest czymś niezbędnym dla życia duchowego, dla odczytania planu Bożego wobec mnie, dla co­dziennego rozpoznawania woli Bożej.

 Prostota głoszenia Słowa Bożego. Słowa Pisma świętego jako natchnione same w sobie posiadają moc. Jest dzisiaj szczególna potrzeba powrotu do czystego Słowa Bożego na wzór św. Franciszka, którego kaznodziejstwo oparte było na tekście Ewangelii. Chodzi o to, by pozwolić mówić samej Ewangelii bez wyszukanych komentarzy, bez ozdobników. Istnieje, bowiem niebezpieczeństwo spłycania głębi ewangelicznego orędzia, kiedy włączana jest zbytnio ludzka mądrość. „Żywe, bowiem jest Słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4, 12).

 Akceptacja cierpienia Cierpienie jest ściśle związane z apostolatem Uczeń Chrystusa, który szcze­rze i autentycznie próbuje żyć Jego nauką doświadcza cierpienia. Tym szczególnym rodzajem cierpienia jest cierpienie wywołane byciem znakiem sprzeciwu dla tego świata. Ten, kto stara się żyć całym radykalizmem Ewangelii, spotyka się z niezrozumieniem, odrzuceniem, wzgardą a nawet prześladowaniem. Nie jest uczeń nad Mistrza.

Postawa otwartości. Niezwykle ważne jest otwieranie swojego serca na to, co nieprzewidziane, na pewnego rodzaju niespodziankę. Bo przecież działanie Pana Boga wymyka się naszemu rozumowi. „Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami” (Iz 55, 8). Trzeba starać się opierać pokusie planowania i programowania wszystkiego, a otwierać się na Boży plan, Boży scenariusz. Teologia życia wewnętrznego zna pojęcie „łaski chwili” — z każdą chwilą każdym momentem naszego życia Bóg wiąże łaskę i chodzi o to, aby te łaski chwili chwytać.

Otwartość dotyczy także wykraczania ponad to, co „normalne”. Pan Bóg ciągle oczekuje od nas czegoś więcej, wzywa nas do większego wysiłku, nieustannego otwierania się na Jego łaskę. Nie można poprzestać na tym, co jest dzisiaj. Kto stoi, ten się cofa. Życie duchowe nie znosi stagnacji i Bóg może coraz częściej stawiać przed nami „poprzeczki”, których nie będziemy mogli pokonać, coś co jest jakby poza granicą rozsądku, przewidywalności, normalności. Sytuacje takie przypominają nam o naszym podstawo­wym powołaniu, jakim jest powołanie do świętości, czyli zjednoczenia z Bogiem, komunii z Nim, która jest celem naszego życia.

 Jan Paweł II w swoim liście na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 „Novo millennio ineunte” (38) wskazuje na pierwszeństwo łaski jako decydującą i niezbędną postawę w skutecznym apostolstwie i ewangelizacyjnej działalności Kościoła. Apeluje o to, by praca programowa w duszpasterstwie uwzględniała przede wszystkim modlitwę — i tę indywidualną i tę wspólnotową. Wtedy zastosujemy się do kluczowej zasady chrześcijańskiej wizji życia: zasady pierwszeństwa łaski. Bo istnieje pokusa stale zagrażająca życiu duchowemu każdego człowieka, a także działalności duszpasterskiej: przekonanie, że rezultaty zależą od naszej zdolności działania i planowania. Pan Bóg oczekuje wprawdzie od nas konkretnej współpracy z łaską wzywając nas, byśmy w służbie Jego Królestwa wykorzystywali wszystkie zasoby naszej inteligencji i zdolności działania, biada jednak — podkreśla z naciskiem Papież — gdybyśmy zapomnieli, że bez Chrystusa „nic nie możemy uczynić” (J 15, 5).

To modlitwa sprawia, że w życiu towarzyszy nam świadomość tej właśnie prawdy. Przypomina nam nieustannie o pierwszeństwie Chrystusa, a co za tym idzie o pierwszeństwie życia wewnętrznego i świętości. Kiedy ta zasada nie jest przestrzegana, to nie należy się dziwić, że różnorodne przedsięwzięcia kończą się niepowodzeniem, pozostawiając w sercu obezwładniające uczucie frustracji.

        Kiedy jednak stwierdzimy, podobnie jak Piotr: „Całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili” (Łk 5, 5), to nie powinniśmy się zniechęcać, ale ponownie zaufać Chrystusowi i okazać Mu posłuszeństwo, jak to za chwilę uczynił ten sam Piotr: „na Twoje słowo zarzucę sieci” (Łk 5, 5).