Świadectwa osób powołanych do kapłaństwa

 

Jestem alumnem II roku. Moje powołanie ukształtowało się dosyć szybko, tzn. w drugiej klasie ogólniaka. W domu i w szkole byłem postrzegany jako chłopak spokojny. Uczyłem się dosyć dobrze.

W szkole podstawowej dość rzadko chodziłem do kościoła. Po prostu uważałem to za zbędne, a poza tym rodzice kazali chodzić mi tam, gdzie sami rzadko chodzili. Buntowałem się; przychodziło mi to bez trudu.

Wszystko się zmieniło, gdy poznałem dziewczynę. To było na wakacjach przed ogólniakiem. Ona powiedziała mi o grupie oazowej, działającej przy naszej parafii. Wtedy to zainteresowałem się Jezusem. Zacząłem przychodzić na spotkania modlitewne, na Msze dla młodzieży, na Nieszpory. Usłyszałem wiele świadectw, zacząłem się regularnie modlić i korzystać z sakramen­tu pokuty i pojednania. To był początek drogi ku kapłaństwu.

Moja formacja przebiegała różnie. Czasami odnosiłem jakiś sukces, kiedy indziej porażkę. Jednak porażki były wielkie i trudno było mi się podnosić. Mój spowiednik uczył mnie tego powstawania jak potrafił najlepiej. W międzyczasie uczestniczyłem w Oazie Nowego Zycia I i II stopnia. To właśnie na tych drugich rekolekcjach umocniło się moje przekonanie o tym, że chcę jak najlepiej służyć Panu Jezusowi. Wybrałem drogę kapłaństwa.

Od tej pory powoli zacząłem przygotowywać siebie i innych do myśli o moim wstąpieniu do seminarium. Było to trudne, ale jednak się udało. Jestem w seminarium od roku i uczę się, jak być dobrym kapłanem.

Mam nadzieję, że nie zmarnuję tych pięciu lat, które jeszcze przede mną na drodze do Chrystusowego Kapłaństwa. Każdego, który przeczyta moje świadectwo, proszę o modlitwę mojej intencji.

 

(bez podpisu)

 

    Pochodzę z rodziny katolickiej i od samego początku w takiej wierze byłem wychowywany. Dlatego moja przygoda z Bogiem rozpoczęła się dość szybko, bo już na początku II klasy szkoły podstawowej byłem ministrantem. Na początku chodzenie do kościoła podobało mi się, ale biegiem czasu znudziło mi się, gdyż byłem trochę za młody. Okres szkoły podstawowej minął dość szybko, ale jakoś tak dziwnie. Owszem, byłem ministrantem, ale bardzo często mijałem kościół wielkim kołem. Wolałem wtedy pograć w piłkę z kolegami, bo to było ciekawsze,

    Skończył się beztroski okres szkoły podstawowej i trzeba było uczyć się gdzieś dalej. W tym celu podjąłem edukację w szkole średniej, w innej miejscowości. Gdy byłem w pierwszej klasie, po długich namowach mojego kolegi, po raz pierwszy pojechałem na rekolekcje do seminarium. Jak zapewniał mój kolega, ten wyjazd nie będzie czasem straconym. Jak się później okazało, miał rację. Wtedy po raz pierwszy przyszła mi myśl o wstąpieniu do seminarium. Walczyłem z nią, chciałem odrzucić, ale ona powracała i nie dawała mi spokoju. Nasilała się zwłaszcza po kolejnych powrotach z rekolekcji.

    Gdy nadszedł dzień moich osiemnastych urodzin, poszedłem na Mszę św. w mojej intencji. Po Mszy św. ksiądz, który opiekuje się ministrantami, powiedział mi, że modlił się o to, byśmy się kiedyś spotkali przy ołtarzu. Powiedziałem mu, że cały czas się tutaj spotykamy, ponieważ jestem ministrantem, ale jak się później okazało jemu o to nie chodziło, gdyż miał na myśli moje wstąpienie do seminarium. Pomyślałem sobie wtedy, że gada jakieś głupoty, bo przecież jest wielu bardziej godnych ludzi ode mnie, którzy mogliby pójść do seminarium. Ale „dla Boga nie ma nic niemożliwego”.

    Po skończeniu szkoły średniej i zdaniu matury, złożyłem potrzebne dokumenty do Wyższego Seminarium Duchownego.

 

 

Kamil

 

    Większości z nas powołanie kojarzy się z wielkim przeżyciem, kiedy to Jezus wzywa nas po imieniu, byśmy za Nim poszli. Byłoby wtedy wszystko prostsze. Lecz tak jest bardzo rzadko. Do dziś, choć jestem już na piątym roku w seminarium diecezjalnym, nie usłyszałem słów Chrystusa, skierowanych bezpośrednio do mnie: „Pójdź za mną”. To Boże wezwanie docierało do mnie szczególnie na widok kapłana w sutannie lub siostry zakonnej. To ich świadectwo wzbudzało we mnie swego rodzaju zazdrość, też chciałem oddać całkowicie moje życie Bogu. Powołanie odczu­wałem jako pragnienie pójścia do seminarium, a sama myśl o kapłaństwie... przerażała mnie.

    Nie było w moim życiu wielkich nawróceń, gdyż zawsze byłem blisko Kościoła. Do dziś pamiętam, jak mama uczyła mnie pierwszych modlitw, których później nauczyłem brata. Choć, odkąd pamiętam, zawsze uczestniczyłem w niedzielnej Mszy św., to ministrantem zostałem dość późno dopiero w szóstej klasie. Pod koniec podstawówki zostałem lektorem. Przez ogromną tremę, która odbierała mi głos, jedynym powodem służby przy ołtarzu było pragnienie pójścia do seminarium. Od ósmej klasy, kiedy był czas na wybór szkoły, zacząłem myśleć nad seminarium. Pragnienie pójścia ku kapłaństwu wiązało się z opuszczeniem mojej dziewczyny. Całe Liceum Ekonomiczne było czasem oczekiwania na maturę, bez której bramy Domu Ziarna były dla mnie zamknięte W tym czasie utwierdzała się we mnie ta decyzja. Na dniach skupienia i rekolekcjach u Salwatorianów i w naszym seminarium diecezjalnym, mogłem poznawać życie we wspólnocie seminaryjnej.

    Po zdanej maturze złożyłem dokumenty do seminarium i przez 4 długie miesiące czekałem na 25 września, kiedy to będę mógł stanąć w seminaryjnych murach jako kleryk pierwszego roku.

    Od tej pamiętnej daty minęły już 4 lata. Dziś, jako akolita, poprzez formację duchową i intelektualną, przygotowuję się do przyjęcia święceń diakonatu i prezbiteratu, które przyjdą bardzo szybko. Na co dzień, poprzez spotkania z ludźmi, coraz bardziej utwierdzam się w powołaniu. Poprzez noszenie sutanny, czy to w pociągu, czy to na Przystanku Woodstock, czy w każdym innym miejscu, doświadczam potrzebę kapłana wśród ludzi. Jestem szczęśliwy z drogi, którą obrałem. Dziękuję Bogu, że mogę kroczyć ku Chrystusowemu Kapłaństwu.

 

Stanisław

Świadectwa pochodzą z materiałów na Tydzień modlitw o powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego, Legnica 2002